BERNARD SZUMBORSKI
Dodane przez Piotr dnia Grudzień 28 2009 19:29:40
Bernard Szumborski

Hmm... Trzeba przyznać, że jest pewien kłopot z tym panem, ponieważ w jego czasach, a później tylko niektórzy tytułowali go starostą brodnickim, gdyż oficjalnie takiej nominacji nie miał. Za to z pewnością sprawował realną, niemal autonomiczną, władzę starosty i to za sprawą porozumienia z królem Polski. Inna rzecz, że Kazimierz dał mu ją niechętnie, pod przymusem sytuacji.

Nie znamy dokładnej daty jego urodzin. Wiemy, że był synem mincerza (urzędnika zajmującego się kontrolą obiegowej monety) Królestwa Czeskiego – Mikesza Diwoczka z Cimburka, zagorzałego zwolennika króla Zygmunta Luksemburskiego, człowieka bogatego, dość wpływowego. Rodzina posiadała w północnych Morawach miasta Novy Hradec i Szumperk. Jak łatwo się domyśleć, od tego ostatniego do Bernarda przylgnął przydomek – Szumborski.
Najwidoczniej Bernardowi nie odpowiadało spokojne życie bogacza, ponieważ sam wymyślił sposób na jego skomplikowanie, a mianowicie postanowił zostać dowódcą własnego oddziału najemników. W gorącym 1453 roku swoje usługi zaproponował zarówno królowi, jak i Krzyżakom. Związek Pruski, poprzez swoich posłańców, już w czerwcu nawiązał z nim kontakt we Wrocławiu, a nieco później powtórzył w Toruniu, przekazując w obu wypadkach pokaźne zaliczki na łączną sumę 1771 grzywien i 41 szelągów.
Tymczasem król czeski, pod wpływem pro zakonnych polityków wydał swoim poddanym zakaz zaciągania się do wojsk Związku Pruskiego. Mimo to początkowo wydawało się, iż Szumborski przyjmie jednak służbę dla Związku i króla (zaliczki brał nadal), ba! Planowano nawet uczynienie z niego dowódcę wojsk gdańskich.
Jednocześnie szpiedzy króla wykryli (dziś już trudno dociec czy rzeczywiście „wykryli”, czy może źle zinterpretowali fakty), że Szumborski planuje zdradę, polegającą na tym, że gdy zostanie przepuszczony do Prus, to podejmie służbę u Krzyżaków. Tak, czy inaczej, zatrzymano go na terenie polski w trakcie pochodu do Gdańska (?), zaś dowódcą tamtejszych sił został inny Czech o nazwisku Oderski.
Bernard wrócił do siebie, lecz nie na długo. W lutym 1454 roku Krzyżacy zastawili elektorowi brandenburskiemu Nową Marchię, a także ściągnęli sporo pieniędzy z niemieckich baliwatów i tym samym zyskali duże kwoty na zaciąg najemników. Zajął się tym komtur człuchowski Jan Rabe. W kwietniu jego ludzie dotarli do Szumborskiego, proponując mu półroczną służbę Zakonowi. Ten, urażony wobec Związku Pruskiego, z miejsca przyjął kontrakt, po czym z armią 500 konnych, oraz 600 pieszych ruszył przez Marchię Brandenburską, koło Frankfurtu przeszedł Odrę, a potem dotarł na miejsce koncentracji zaciężnych do Świdwina. Tam mianowano go jednym z dwóch dowódców całego zgrupowania (drugim był książę Rudolf Żagański ze Śląska). Po dołączeniu do nich oddziałów mistrza niemieckiego Josta von Venningena, potężna armia ruszyła (około 14 września 1454 roku) w kierunku granicy Pomorza Gdańskiego, by 18 września dotrzeć pod Chojnice, gdzie stacjonowało wielkie zgrupowanie ich wrogów, pod dowództwem samego króla Kazimierza Jagiellończyka.
Przebieg Chojnickiej bitwy jest dość dobrze znany i opisany, zatem nam tu pozostanie jedynie przypomnieć podstawowe fakty, zaś te wyglądały następująco. Około 1500 przednia straż krzyżacka natknęła się na obóz polski. Zaalarmowany Szumborski dokonał rekonesansu z którego wynikało, iż w wojskach króla panuje bałagan, a oprócz tego całe jego (króla) zgrupowanie zajmuje zdecydowanie złą pozycję. Czech szybko zdołał namówić pozostałych dowódców do przyjęcia bitwy, jednocześnie nawiązał kontakt z krzyżacką załogą Chojnic, aby w stosownej chwili także weszła do akcji. Starcie rozpoczęła piorunująca szarża polskiej jazdy. W jej wyniku błyskawicznie pękła pierwsza linia przeciwnika, zaś pod ciosami polskich mieczów niemal w jednej chwili zginęło aż trzech dowódców: książę Rudolf Żagański, Austriak Bernard Aschpan, Czech Wischkowitz, natomiast głównodowodzący Szumborski „zgarnięty” przez rycerza Mikołaja Skalskiego popadł w niewolę. Gdy zwycięzcy Polacy dotarli do zaciekle bronionych taborów, nagle z Chojnic wybiegły dwa oddziały Wita von Schönburga, oraz Jerzego von Schlienena i uderzyły na tyły królewskich. Niespodziewane uderzenie wywołało w niekarnym pospolitym ruszeniu ogromną panikę, która wkrótce opanowała całą armię, powodując jej kompletne rozproszenie, chaotyczną ucieczkę. Na nic się zdały rozpaczliwe wysiłki króla, próbującego przywrócić porządek, zresztą on sam był gotów stanąć do straceńczej walki, jednak na szczęście został siłą porwany przez przybocznych, po czym wszyscy zbiegli do Mroczy. Szumborski wydostał się z niewoli (jednak przedtem został związany honorowym słowem, że wróci w niewolę i słowa dotrzymał), biorąc udział w ostatniej fazie walki- pogromie wojsk królewskich.
Klęska Polaków była druzgocząca. Wśród mnóstwa poległych rycerzy byli również: podkanclerzy Piotr ze Szczekocin i syn Zawiszy Czarnego – Jan. Nie wdając się w głębsze analizy (tych już dokonano w literaturze historycznej), głównym autorem sukcesu był twórca przemyślanej taktyki krzyżackiej Bernard Szumborski.
Tymczasem krzyżacki bohater, szanując dane słowo dobrowolnie poszedł w niewolę Skalskiego, z której jednak dość szybko się wykupił (tylko częściowo, ponieważ wiemy, iż w grudniu 1454 roku ponownie stawił się w Toruniu jako jeniec polski, szybko zwolniony w tajemniczych okolicznościach, choć status jeńca jednak pozostał), a pod koniec września już szedł przez Bory Tucholskie na czele wielkiej armii zaciężnej. Krótko po tym zdobył Tczew, gdzie doszły go pogłoski jakoby wielki mistrz nie miał pieniędzy na opłacenie najemników.
Rzeczywiście, skarbiec Zakonu był pusty! Szumborski zebrał innych dowódców rot zaciężnych, po czym ruszyli do Malborka wymusić na wielkim mistrzu zaległy żołd. Gdy oni przedstawiali swoje żądania, ich żołnierze wpadli na zakonne Małe Żuławy, czyniąc na własną rękę bezlitosne rekwizycje.
W końcu juryści wielkiego mistrza znaleźli sposób zaspokojenia żądań najemników, a mianowicie zastawili im na cztery miesiące ... miasta i ziemie pruskie (przez ten czas Krzyżacy „mieli znaleźć” pieniądze, bo inaczej, po upływie tego terminu dowódcy mogli sprzedać miasta, czy zamki nawet Polakom). W lutym 1455 roku Krzyżacy dostali znaczną gotówkę ze swoich pozapruskich baliwatów, co na jakiś czas pozwoliło im odetchnąć od kłopotów finansowych, odsuwając też groźbę ewentualnej utraty zamków.
W kwietniu 1455 roku rozstrzygnął się (choć wciąż jeszcze nie ostatecznie) problem jeńca Szumborskiego. Król zawarł z wielkim mistrzem Ludwikiem von Erlichshausenem układ o wymianie jeńców. Polacy zwolnili Bernarda Szumborskiego i wielkiego marszałka Kiliana von Exdorfa, a Krzyżacy wojewodę brzeskiego Mikołaja Szarlejskiego, wraz z wojewodą poznańskim Mikołajem Górką.
Dziwnie wyglądała ta niewola Szumborskiego, bo zdecydowanie więcej przebywał na wolności, niż ograniczony honorowym aresztem. Zwolniony, natychmiast szedł w służbę Zakonu, choć zdaje się, że prawdziwy sentyment miał jedynie do wojny i pieniędzy. W lipcu 1455 roku wraz z innym wybitnym dowódcą zaciężnych Oldrzychem Czerwonką, oraz trzema innymi kombinowali sprzedać Polsce Sztum, Tczew, Gniew, nawet ... Malbork. Może transakcja doszłaby do skutku, gdyby nie to, iż w ostatniej chwili tak wysoko podnieśli cenę, że króla zwyczajnie nie było stać na taki zakup.

Lepiej poszedł handel za rok, choć wiosną znów zażądali potężnych kwot (w tym Szumborski chciał jeszcze ekstra pieniądze dla siebie „za nie utrudnianie”), to jednak jesienią wyraźnie przychylali się do znacznego zniżenia ceny. Sprytny Czech robił co mógł, żeby nie odpuścić, namawiając Krzyżaków do choćby częściowej spłaty długów, czego skutkiem mogła być dalsza służba rotmistrzów, ale ci mieli już dość ujadania o swoje.
Tym razem inicjatywę przejął Oldrzych Czerwonka, skupiając wokół siebie najważniejszych dowódców.
15 sierpnia, w Toruniu podpisali akt, na mocy którego sprzedali Polsce sześć ośrodków: Tczew, Chojnice, Czarne, Debrzno, Iławę, no i Malbork! Ten ostatni, przecież stołeczny ośrodek państwa Zakonu, od 150 lat do niego należący przejął Kazimierz Jagiellończyk w południe 8 czerwca 1457 roku, za olbrzymią sumę 190 000 węgierskich złotych.
Mniej więcej w tym czasie król ostatecznie zwolnił Szumborskiego z formalnego statusu jeńca. Ten uczcił to po swojemu – podszedł ze swoimi najemnikami do północnych ośrodków ziemi chełmińskiej i choć od razu ich nie zaatakował to wywołał stan zaniepokojenia. Wkrótce wyszło, iż akcja była jedynie preludium do dużo poważniejszej sprawy.

Od chwili przejścia Malborka w Polskie władanie, tamtejsi rajcy snuli potajemne plany odwrócenia sytuacji. Doskonała okazja nadarzyła się dość szybko, bo już na początku września. Wtedy na zamku rezydowała tylko stosunkowo nieliczna grupa zbrojnych Oldrzycha Czerwonki (jak widać teraz oddająca swe usługi Koronie), zaś w pobliżu czaił się niczym lis Bernard Szumborski.
28 września, o pierwszej w nocy Burmistrz Blum otworzył dwie bramy miasta (Mariacką i Garncarską), a przez nie wpadło 1200 wojaków Szumborskiego, którzy błyskawicznie opanowali miasto, ale na szczęście nie zamek (dostali tęgie baty, gdy próbowali zdobyć most wiodący do Zamku Średniego).
Szumborski triumfował! Króla przez moment opanowała zgroza, że wielki wysiłek finansowy może pójść w niwecz, lecz miał przy sobie dzielnych rajców Gdańska i Torunia, którzy natychmiast przedsięwzięli odsiecz dla oblężonego malborskiego zamku (namawiali przy tym króla, iż gdy już zdobędą ponownie samo miasto, to należy je w całości zburzyć, tak aby kamień na kamieniu nie pozostał).
Już 29 września wpadła na Wielkie Żuławy ekspedycja starosty tczewskiego Prandoty Lubieszowskiego. Rozochocony Szumborski ruszył im naprzeciw, wiodąc za sobą znacznie przewyższające Polaków siły. Lecz Lubieszowski dowodził znakomicie! Spiął swój tabor żelaznymi łańcuchami (tzw. husycki tabor), a za nim w pierwszym szeregu umieścił doskonałych kuszników gdańskich, którzy dosłownie zmasakrowali ludzi Szumborskiego. Ba! Czech też został trafiony, po czym szybko czmychnął z pola walki, potykając się o zwały trupów swoich żołnierzy.
A uciekać musiał dość rączo, bo starosta tczewski niesiony zapałem, oraz wyjątkowo małymi stratami własnymi długo ścigał uciekających wrogów. Zamek malborski dostał wsparcie.
Jednak Szumborski był twardym wodzem. Jeszcze dobrze nie wylizał się z rany, a już zaplanował uderzenie na Chełmno. Miał tam w mieście swojego szpiega w osobie ... siostrzeńca Mikołaja Skalskiego, póki co najemnika w służbie Związku Pruskiego. Ten namówił grupę mieszczan chełmińskich do zdrady i nad ranem (tym razem nowa pora) 24 października wpuścił wuja do miasta, zaś on szybko je zdobył, potem ... ograbił, następnie oskarżył wójta Michała Segemunda o zdradę (każąc go poćwiartować – ot tak, dla przykładu), zmienił radę na marionetki, nakazał żywić swoich żołdaków, oraz popełnił jeszcze inne pomniejsze niegodziwości. Za to wszystko mieszczanom chełmińskim załatwił u wielkiego mistrza Ludwika von Erlichshausena... przyjęcie do łask
W połowie października król zorganizował dużą wyprawę celem odblokowania zamku malborskiego i oblężenia samego miasta, gdzie twardą obroną krzyżacką kierował waleczny wielki szpitalnik, komtur Elbląga Henryk Reuss von Plauen. Dwa miesiące później, pomimo ciężkiej zimy, oraz dość niemrawego dowodzenia polskimi siłami oblężniczymi Malbork dosłownie trzeszczał (niezależnie od ostrzału podkopywano baszty, ba, nawet całe odcinki murów obronnych aby je zwalić) pod naporem sił Jagiellończyka. Sami obrońcy krzyżackiej stolicy zaczęli cierpieć głód. Właśnie z tego powodu wydawało się iż dni ich oporu są policzone. Wtedy właśnie z odsieczą przybył niezawodny Szumborski. Jego szpiedzy odkryli w pierścieniu polskiego oblężenia słabe miejsce, oraz fakt, iż nie zabezpieczyli oni bastejami głównych bram miasta (co przy tego typu oblężeniu należy poczytać za błąd taktyczny). Sprytny Czech natychmiast opracował śmiały plan rajdu.
19 stycznia 1458 roku, w czasie śnieżycy, pędząc na czele 1000 jazdy ochraniającej kilkadziesiąt sań wypełnionych prowiantem, rozniósł nieliczne posterunki królewskich, po czym właściwie bez oporu wpadł do Malborka, dostarczając wygłodniałym wojakom von Plauena mnóstwo upragnionego jedzenia. Nie dość tego! Nazajutrz, niemal na oczach zdumionych Polaków, przebojem wyrwał swój oddział z Malborka, poprowadził po lodzie zamarzniętego Nogatu, złupił kilka wsi na Wielkich Żuławach i ... wrócił do oblężonego miasta. Potem zrobił tak jeszcze kilka razy! 25 stycznia, wraz z Henrykiem Reuss von Plauenem wyrwał się z miasta na dobre (dowódcą Malborka został Augustyn Trotzeler).
Ponieważ było jasne, że Kazimierz Jagiellończyk nie zrezygnuje z odbicia miasta Malborka, Krzyżacy zaczęli czynić pośpieszne przygotowania do odparcia spodziewanej nawały. Wielki szpitalnik von Plauen namawiał Szumborskiego aby objął dowództwo miasta, ale ten zdecydowanie odmówił, póki co zajęty umacnianiem zamku w Papowie Biskupim (wydedukował – słusznie, że tędy przejdzie królewska armia).
20 lipca 1458 roku, wojska królewskie wyszły z Torunia, kierując się na Malbork. Po drodze mieli zamek w Papowie Biskupim, ale Jagiellończyk nie zamierzał tracić sił ni czasu na jego zdobywanie. Mimo to, pospolite ruszenie, najwyraźniej podbudowane widokiem własnej potęgi ruszyło bez rozkazu na nieszczęsną twierdzę. Rozjuszeni początkowo zaciętym oporem ludzi Szumborskiego (choć samego wodza tam nie było), niemal roznieśli zamek, wraz z obrońcami (walili z wszystkich armat, jakie mieli w dyspozycji), natomiast dzieła zniszczenia dokonali „łamacze murów” (specjalne oddziały do niszczenia umocnień), przysłani już z rozkazu samego króla.
Tymczasem Szumborski siedział w Chełmnie, spodziewając się pewnie ataku na to miasto, na co by wskazywała lekcja z Papowa Biskupiego. Jednak król też wyciągał naukę z tego zdarzenia. Atak na Papowo był w istocie przejawem niezdyscyplinowania pospolitego ruszenia, dlatego Kazimierz Jagiellończyk zaostrzył rygor, jednocześnie stanowczo zakazując szturmowania Chełmna.
Gdy Czech zrozumiał, że monarszy pochód ominie miasto, bo zmierza prosto do Malborka, natychmiast poderwał oddział 250 konnych, z zamiarem wyprzedzenia Jagiellończyka. Lecz król też miał swoich szpiegów. Za Szumborskim wysłał kilka lekkich chorągwi tatarskich. Te dopadły go w szczerym polu, nocą, około 1 sierpnia....
No cóż, to nie była dobra noc dla Czecha. Poganie, nieczuli na rycerskie zasady wzięli raczej mało jeńców (woleli konie, które zresztą zjedli), za to urządzili straszną jatkę. Sam Bernard znów miał szczęście, bo choć ledwo, to jednak uszedł (raczej uciekł) z życiem z powrotem do Chełmna.
Tu, podobnie jak w innych ośrodkach, działo się coraz gorzej. Wojna zniszczyła handel, rzemiosło, rolnictwo i bieda zaczęła wyzierać z bogatych ongiś kątów. „Z wiatru nie wyżyję” – jesienią 1459 roku skarżył się wielkiemu mistrzowi Ludwikowi von Erlichshausenowi chory, zabiedzony Szumborski. Na domiar złego Prusy szybko złapała w swe okowy sroga, śnieżna zima, co miało jedynie tę dobrą stronę, że w praktyce, aż do marca ustały poważniejsze walki.
Wraz z pierwszymi mocniejszymi podmuchami wiosennego wiatru, mieszkańcy Malborka uznali, że mają dość biedy i czas zacząć układy z oblegającymi ich wojskami Prandoty Lubieszowskiego. Tu jednak ostro wkroczył burmistrz Blum, po czym przy pomocy miejskich drabantów szybko „przekonał” niezdecydowanych.
Jednak Prandota sygnał odczytał. Przy pomocy świeżych sił przysłanych przez króla, oraz Gdańsk wzmógł działania oblężnicze (planowano nawet zapalowanie Nogatu!). Pod koniec kwietnia zdołał otoczyć niemal całe miasto solidnymi fortyfikacjami blokującymi i gdy zaczął planować szturm generalny, dość niespodziewanie zmarł.
Dowództwo po nim przypadło Janowi Kościeleckiemu (faktycznie objął je dopiero w lipcu). Przedtem jednak umierający Lubieszowski przeżył chwilę satysfakcji, gdy na wybudowanych pod jego przywództwem fortyfikacjach rozbiła się przedostatnia poważna próba przerwania pierścienia blokady. Zdziesiątkowani żołnierze wielkiego mistrza (zaciężni z Królewca) uszli w popłochu, nawet nie koniecznie tam skąd przyszli...
W maju przyszła ta ostatnia próba. Właśnie wtedy dzielny wielki szpitalnik von Plauen zebrał w Pieniężnie i Świętomiejscu poważne siły, z którymi pierwszego czerwca przedarł się aż do malborskiej palisady. Może nawet byłby ją sforsował, lecz właśnie wtedy jego najemnicy zażądali... podwyżki (po 10 grzywien „na konia”), a on pieniędzy już nie miał. Tak to dzielność przegrała z interesem, zaś los miasta został przesądzony.
6 sierpnia, po 34 miesiącach polskie oddziały weszły do miasta. Natychmiast schwytano burmistrza Bluma, nad którym starosta Kościelecki odprawił szybki „sąd”. W takich warunkach wyrok nikogo chyba specjalnie nie zaskoczył – ścięcie i poćwiartowanie.
Tymczasem Szumborski widząc, że siedząc w Chełmnie niewiele pomoże sprawie, udał się do Czech z zamiarem zorganizowania dużej armii najemników. Ponieważ napotkał tam jakieś nieznane nam przeszkody, czym prędzej popędził do Frankfurtu nad Odrą, gdzie szybko zebrał 3000 dobrze uzbrojonych ludzi i wraz z drugim dowódcą - Frycem Raweneckem co koń wyskoczy ruszył z odsieczą na Malbork.
Jak wiadomo, nie zdążył. W tej sytuacji, pomimo oporu (słabego) wojsk gdańskich przekroczył Wisłę, dotarł do Chełmna, a stamtąd w błyskawicznej kampanii zdobył miasto Golub (w czym pomogła zdrada części mieszczan). Samego zamku nie zdołał opanować, ponieważ bitny polski dowódca Andrzej Rzeszkowcz Puszkarz (z Dobrzynian) w porę zdołał go obsadzić.
W nocy z 10 na 11 listopada, Ludzie Szumborskiego (46 osobowy oddział!) nagłym wypadem zajęli ważny zamek w Świeciu, czym zbulwersowali torunian, bo zagrozili swobodzie żeglugi na Wiśle. W ogóle, rok 1460 zakończył się dla Związku i Królestwa źle, bo Krzyżacy odzyskali wiele strategicznych punktów nie tylko w Prusach, tym samym zyskując możliwość ataku w wielu punktach zrewoltowanego państwa. Nic zatem dziwnego, że król myślał o zorganizowaniu kolejnej wielkiej wyprawy, mającej co najmniej przywrócić stan posiadania sprzed roku. Póki co, mniejsze siły próbowały poprawić sytuację. 16 października 1461 roku, po 16 miesiącach, wojska starosty malborskiego Jana Kościeleckiego, we współpracy z innymi odbiły wreszcie Świecie, a 1 listopada Dunin zdobył zamek Łasin, nieco później miasto Łasin (dosłownie je zdemolowano). Wydawało się, iż już nic nie powstrzyma zwycięskiego marszu, gdy nagle znów zapłonęła gwiazda Bernarda Szumborskiego.
Wykorzystując niefrasobliwość starosty brodnickiego Mikołaja Kościeleckiego, którego może uśpiły sukcesy Koroniarzy, w nocy 11 listopada zajął miasto Brodnicę (opisałem to w poprzedniej części). Zaskoczeni mieszkańcy nie podjęli żadnej obrony, co zresztą przypłacili licznymi kontrybucjami, tak dalece uciążliwymi, iż Szumborski ponoć nawet nakazał zabrać osobiste klejnoty mieszczek. Wprawdzie przebudzony starosta częściowo zrehabilitował się dzielną obroną zamku, lecz po drugiej, nieudanej (patrz - poprzednia część) próbie odsieczy poddał go około 5 marca 1462 roku.

Trzy miesiące później król Kazimierz na czele swoich nadwornych chorągwi niespiesznie wkroczył do ziemi chełmińskiej. Tym razem postanowił zmienić taktykę. Podczas gdy rycerze zablokowali krzyżackie załogi w ich twierdzach, wysłał 300 chłopów, w ubezpieczeniu rot tatarskich aby ci ... skosili krzyżackie zboża. To zapowiadało metodyczną akcję w ziemi chełmińskiej, lecz została ona wkrótce przerwana na skutek skoordynowanego natarcia wojsk wielkiego mistrza i biskupa Lagendorfa na ośrodki Warmii. Król musiał znaczną część sił przerzucić w zagrożony teren, pozostawiając na ziemi chełmińskiej jedynie niewielkie, choć ruchliwe roty zaciężne, sam przeniósł swoją kwaterę na niewielki zamek dybowski (koło Torunia).
Wtedy – jak zapisał Jan Długosz – przyszła Szumborskiemu do głowy bodaj najbardziej śmiała (bezczelna) myśl życia, ponieważ postanowił porwać samego króla Polski Kazimierza Jagiellończyka! Zamierzał zorganizować specjalny, doskonale uzbrojony oddział z wybranych najemników, po czym szybkim marszem z Chełmna przejść niespostrzeżenie Wisłę i zapaść w poddybowskich lasach. Tam mieli wyczekać okazji, gdy król otoczony jedynie przybocznymi będzie wracał z Torunia. Tuż na podejściu do bramy zamkowej, kiedy to zazwyczaj część eskorty już wchodziła za mury zamku mieli zaatakować. Na szczęście królewski wywiad w porę odkrył plany desperackiego Czecha i skłoniono monarchę do zaniechania ryzykownych przejazdów, upraszając aby raczej zaufał potężnym murom Torunia. Jednocześnie zdecydowano „utemperować” nieokiełznanego Bernarda, który popadał w coraz większe kłopoty aprowizacyjne, już dość dotkliwie odczuwając skutki „królewskich żniw”.

14 września, w nagłym ataku omal nie odbito mu Chełmna. Trzy dni później starosta płocki Mikołaj z Podkrajewa wyrżnął jego ludzi koło Jasieńca (gdzie zapuścili się w celach rabunkowych), a 10 dni potem, dopiero co uwolniony z czeskiego więzienia polski dowódca Oldrzych Czerwonka zdobył podstępem Golub, zaś najemników Szumborskiego zabił w walce, zdecydowaną mniejszość biorąc do niewoli. Czas sukcesów zdawał się przemijać.
15 września 1463 roku, Krzyżacy ponieśli sromotną klęskę w bitwie morskiej na Zalewie Wiślanym. Polityczny nos Szumborskiego mówił mu, że to początek końca jego protektorów i że należy teraz zadbać o siebie. Nawiązał kontakt z wysłannikami króla, a po ponad trzech miesiącach rozmów zdołał wynegocjować dość korzystny dla siebie układ (zresztą jak wynika z jego listu do wielkiego mistrza z 21.XII 1465, o wszystkim uprzednio informował Zakon). Zawarto go 13 grudnia 1463 roku w Nieszawie jako rozejm. Mowa w nim była o tym, że do końca wojny Polski z Zakonem Szumborski nie będzie występował przeciwko Polsce, nie przyjmie od Zakonu pieniędzy na wykup zajętych przez jego najemników ośrodków: Chełmna, Brodnicy, oraz Starogrodu, ba, będzie je dzierżawił także po zawarciu pokoju. Mieszkańcy tych trzech miast pozbawieni zostali prawa wstępu do miast królewskich w Prusach.

Układ z Szumborskim był pierwszym trwałym rozstrzygnięciem, pozbawił Krzyżaków instrumentów działania w zachodniej i południowej części ziemi chełmińskiej, eliminując z dalszej walki jednego z ich najlepszych dowódców. Król osiągnął spokój w tym rejonie właściwie bez kosztów, bez angażowania sił wojskowych potrzebnych gdzie indziej, a jednak sprawa wcale nie była tak jednoznaczna. Zawierając rozejm, Szumborskiego potraktowano niemal jak stronę, zaś ten nie zerwał z Zakonem, nie zaproponował Jagiellończykowi wykupów dzierżonych miast, wolał je trzymać. Co zamierzał? Jaki plan dręczył jego myśli?
Wbrew temu co można by oczekiwać Czech wcale nie usunął się w cień. Mając zabezpieczenia królewskie na trzymane ośrodki, a także pomny swojego podpisu odłożył miecz na rzecz dyplomacji. Czas był dla niej odpowiedni, bo obie strony były już znużone przeciągającym się konfliktem. Jesienią 1465 roku możliwości militarne Zakonu były na wyczerpaniu. W listopadzie wielki mistrz Ludwik von Erlichshausen próbował wykorzystać starego przyjaciela, teraz formalnie neutralnego – Bernarda Szumborskiego do nawiązania pertraktacji pokojowych z samym królem. Skutecznie udało mu się to dopiero w sierpniu, w Bydgoszczy. Właśnie tam, 1 sierpnia 1466 roku Czech dostał się przed oblicze Kazimierza Jagiellończyka, po czym w imieniu Zakonu złożył mu propozycje rokowań. Monarcha najpierw odłożył odpowiedź na 15 dni, ale potem przemyślał wszystko od nowa i propozycję przyjął. 4 sierpnia, jego negocjatorzy: Jan Długosz (tak, tak - TEN Długosz), oraz Jan Sapieński spotkali się z Szumborskim w Świeciu. Po wielu ciekawych perturbacjach z wyborem miejsca rozmów ostatecznie rozpoczęły się one 23 września w trzech namiotach ustawionych przy dybowskim zamku. Nie ma potrzeby opisywać tu szczegółów negocjacji, bo to już zostało zrobione w wielu innych publikacjach, dość zaznaczyć, iż w październiku przeniosły się one do Torunia i tam dopiero dołączył (10.X) do nich Szumborski (zresztą w doborowym towarzystwie: samego wielkiego mistrza Ludwika von Erlichshausena, Ulryka von Kinsberga, komtura Ostródy Wilhelma von Eppigena, dzielnego wielkiego szpitalnika Henryka Reuss von Plauena i innych).
19 października 1466 roku podpisano słynny traktat toruński. W grupie doradców wielkiego mistrza zaprzysięgał warunki traktatu Bernard Szumborski. Dokument stanowił o zwrocie Polsce ziemi chełmińskiej, michałowskiej i Pomorza Gdańskiego. Ponadto przy Polsce miał pozostać Malbork z Żuławami, Szkarpawą i Jeziorem Drużnym, do tego Elbląg z okręgiem, część byłego komturstwa pasłęckiego i dzierzgońskiego oraz całe biskupstwo warmińskie. Również te rejony Mazur, których podczas wojny nie opanowały oddziały polskie przeszły pod zwierzchnictwo monarchy.
Wśród wielu zapisów, traktat toruński przewidywał formalnie wydanie stronie polskiej do 24 czerwca 1467 roku Chełmna, Starogrodu i Brodnicy, w praktyce jednak te ośrodki znacznie dłużej zostały w rękach niespłaconych najemników.
Szumborski najwyraźniej dusił się w warunkach ograniczonego działania. Miasta, które z traktatowo- królewskiego przyzwolenia dzierżawił ledwo zipały. Zniszczona gospodarka, zrujnowany handel, ucieczki rzemieślników, utrudnienia w komunikacji, żądania zaciężnych podkomendnych wszystko to wróżyło długą biedę. Sam Czech tytułował się starostą chełmińsko- brodnickim, co rzecz jasna było tolerowanym nadużyciem, choć utrwaliło się w popularnej historii (m.in. ks. Paweł Czaplewski w „Senatorowie świeccy, podskarbiowie i starostowie Prus Królewskich” Roczniki TNT XXVI- XXVII wymienia go jako starostę brodnickiego).

Po 1466 roku coraz częściej przebywał w Chełmnie, gdzie rządził twardą ręką. Jak chce na poły historyczne podanie źle znosił okres wymuszonej własnym podpisem bezczynności, do tego jego własne roty najemników coraz natarczywiej domagały się zaległego żołdu, a on nie miał skąd brać pieniędzy. Jego świat odchodził w przeszłość.
4 kwietnia 1467 roku, w Królewcu zmarł wielki mistrz krzyżacki Ludwik von Erlichshausen – ostatni, który rządził w Malborku. Obowiązki głowy państwa powierzono wielkiemu szpitalnikowi, jednookiemu (oko stracił pod Chojnicami) analfabecie (co zresztą nie przeszkodziło mu być dzielnym, walecznym i odważnym dowódcą) Henrykowi Reuss von Plauenowi, lecz ten zwlekał z oficjalnym wyborem, aby nie był zmuszony do upokarzającego hołdu królowi Polski. Gdy w końcu nie sposób już było przeciągać sytuacji 29 listopada 1469 roku, na kolanach złożył hołd Kazimierzowi Jagiellończykowi, wypowiadając po niemiecku – „Najłaskawszy Królu. Ja i moi dostojnicy oddajemy się w królewską ochronę i opiekę, na co chcemy z wielką chęcią zasłużyć”. Musiało go to wiele kosztować, ponieważ, gdy 31 grudnia 1469 roku wracał z Piotrkowa, gdzie odbywała się ceremonia dostał nagle niezwykle silnego ataku apopleksji, w konsekwencji dwa dni później zmarł.
Na to wszystko patrzył bezsilny Szumborski. Stał się zgorzkniały, nadpobudliwy, momentami okrutny. Podobno uspokajał się jedynie w towarzystwie pewnej pięknej chełminianki. Jak pisze sam Jan Długosz (w Historiae Polonicae) to właśnie ją namówili zdesperowani mieszkańcy Chełmna, żeby znienawidzonemu staroście podała truciznę. 7 stycznia 1470 roku zwabiła go do baszty prochowej, tam poczęstowała jakimś jadłem, w którym był ukryty zabójczy specyfik. Gdy nie podejrzewający niczego Szumborski ochoczo zjadł co mu podała, parę chwil później padł na ziemię targany straszliwymi konwulsjami. Urodziwa mieszczka aby mieć pewność, że Czech tym razem już się nie wykręci śmierci, wychodząc podpaliła basztę i wkrótce potężny wybuch zgromadzonego w niej prochu wstrząsnął Chełmnem oznajmiając koniec żywota jednego z najciekawszych, najdzielniejszych awanturników powoli mijającej epoki rycerstwa. Nieco inny, chyba bardziej smutny koniec żywota Szumborskiego podaje Jan Długosz – „Po Henryku zaś Pławeńskim (chodzi o w. mistrza von Plauena) mistrzu pruskim w pięć dni zaraz umarł Bernard Szumborski, z podstawionej mu, jak wielu utrzymywało, niewieścią ręką trucizny. Zszedł ze świata w takim ubóstwie, że nie było za co sprawić mu pogrzebu, a według podania nie miał nawet trumny.”
Podobno jego duch do tej pory błąka się po Chełmnie....