WIELKANOCNE REMINISCENCJE
Dodane przez Piotr dnia Marzec 06 2010 19:59:23
NIEZWYKŁE MEMENTO PRZED RADOŚCIĄ ZMARTWYCHWSTANIA

Zwykle w okolicach świąt budzi się w nas sentymentalna magia, która na co dzień drzemie w zabieganym człowieku. Wyczarowuje wówczas w naszej wyobraźni klimaty i obrazy minionych dawno dni. Wyciąga z serdecznych pokładów pamięci zdarzenia lub osoby w jakiś sposób związane z przeżywanym okresem.
Wielu ucieka wówczas do przeszłości, czasem aż do dzieciństwa, gdzie kolory miały intensywniejszą barwę, a odkrywany świat fascynował bogactwem mocnych wrażeń.
Znów stają przy nas ukochane osoby i na kilka cudownych chwil wraca CZAS... Wyselekcjonowany... Nieco przemalowany... Nasz serdeczny...
Gdzieś w okolicach Świąt Wielkiej Nocy moja kochana babcia Anna częściej niż zwykle zaglądała do swoich przedwojennych roczników „Przewodnika katolickiego”. Od kiedy pamiętam, zawsze intrygowały mnie te opasłe tomiska szaroróżowych gazet, solidnie oprawionych w dawnej brodnickiej drukarni Wojciechowskiego. Zwłaszcza lubiłem ilustracje ze stron tytułowych poszczególnych numerów „Przewodnika”. Były klasyczne, czasem wręcz piękne, a zawsze czytelne. Przedstawiały sceny biblijne, albo z życia świętych. Nieraz między szlachetnymi postaciami, uduchowionymi twarzami pojawiał się – na ogół przerażający - wizerunek intruza – diabła kusiciela. Bałem się tego gagatka, ale mimo to zawsze go sobie dokładnie obejrzałem, podziwiając kunszt artysty w oddaniu obrzydliwości tej postaci...
A jednak żadna z tego rodzaju ilustracji nie pozostawiła po sobie przejmującego wspomnienia. Uczyniła to dopiero reprodukcja obrazu Andrea Mantegny „Martwy Chrystus”, umieszczona w którymś z kwietniowych numerów pisma z bodaj 1935 roku.
Gdy po raz pierwszy ujrzałem ten obraz ogarnęła mnie autentyczna groza. Chyba nie ma drugiego takiego malarskiego dzieła, które by w podobny – brutalny, sugestywny sposób oddawało śmierć Chrystusa.
Później, po wielu latach miałem okazję zobaczyć oryginał w mediolańskiej galerii Brera i wszystko wróciło w spotęgowanym wrażeniu. Choć dzieło najpierw zaskoczyło mnie rozmiarami (niewiele większe od ekranu telewizora), to jednak emanujący z niego klimat wytworzony przez popielate światło wyczarował zupełnie nową ostrość odbioru. Widać wyraźnie rozpacz, wręcz makabryczną potęgę śmierci, zupełnie jakby doskonały Mantegna chciał określić swoje Memento. A przecież wtedy gdy powstał obraz (ok. 1460r) cywilizacja europy zachwycona była właśnie eksplodującym gejzerem kolorów renesansu. Gdzie tam śmierć?! Może dlatego Andrea Mantegna przez czterdzieści lat nie pokazał światu tego obrazu. Znaleziono go w jego pracowni, gdy sporządzano pozgonny spis. Przez czterdzieści lat nikt nie wiedział o istnieniu absolutnego dzieła, ale też oznacza to, że przez czterdzieści lat Mantegna samotnie kontemplował to co ono przedstawiało. Wracając do swojej pracowni z blichtru zewnętrznego świata natrafiał na Memento, przypomnienie czym się to wszystko kończy – jak wygląda brama do Chrystusa i być może dlatego życie spędził tak sensownie, pracowicie. Gdy zmarł w 1506 roku jego imię już było nieśmiertelne. Zostanie takim po kres ludzkiej cywilizacji.